Dziś w piłkę. Przegrywamy 14:15, choć przy stanie 14:14 mieliśmy sytuację "sam na sam". W sumie jednak dobry mecz, dzielnie ścigaliśmy rywali (1:5, 3:8, 8:12 itd.). Niestety, pomimo zamierzeń, nie udało mi się podejść do meczu stoicko, tzn. dać z siebie wszystko, ale nie starać się wygrać za wszelką cenę. A przede wszystkim nie denerwować się. I skończyło się tak, że dwa razy gromkie "kurwa" na całą salę wyrwało się z piersi doktora socjologii.
A po meczu piwko z kilkoma chłopakami. Trochę brakuje mi takich piłkarskich rozmów przy piwie, z facetami. Wesoło. O Euro, o Smudzie, o... zaręczynach.
Dwóch z naszej dzisiejszej piwnej szóstki niedawno oświadczyło się, a trzeci oświadczył się w zeszłym roku. Ktoś z noclegiem w drogim hotelu, teatrem i restauracją, ktoś w Szanghaju, na kacu, na jakiejś wysokiej wieży telewizyjnej i wiwatem tuzina Chińczyków zaraz po. Pojawia się też historia jednego kolegi, który oświadczył się, wręczając pierścionek za 50 złotych. Pierścionek ten psuł się później kilka razy, aż wreszcie pechowy narzeczony powiedział wybrance, że te zaręczyny były tak naprawdę taką próbą, a prawdziwe dopiero będą...
W samolocie. Przed nami młode polskie rodziny, rodzice trzydziestokilkuletni, dzieci kilkuletnie. Nowe pokolenie rodziców, z tatuażami, modnie ubranych, dyskujących o grach na PlayStation. A jednak jest jakaś polska ciągłość pokoleniowa. To wtedy, gdy podawne są z rąk do rąk kubki z przezroczystą cieczą... Po kolejnych rundach twarze wyrażają charakterystyczne, następujące po sobie, emocjonane fazy konsumpcji wódki: ożywienie, zrelaksowanie, przytępienie. Po naszej prawej pokolenie o szczebel młodsze, dwudziestokilkuletnie, twórczo wnosi do tradycji whisky z colą.
A ja czytam w "Polityce" o katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim w 1987 roku. Rozpacz, brawura, humor i bohaterstwo pilota, który tuż przed uderzeniem w ziemię pożegnał wieżę kontrolną słowami "Giniemy! Cześć!".
niedziela, 29. kwiecień
Pierwszy dzień pobytu. Przyjemny, spokojny hotel w formie domków rozproszonych na dość sporym obszarze. Wśród gości dominują Rosjanie, co mi się podoba, bo lubię melodię rosyjskiego. Wciąż rosyjski kojarzy mi się bardziej z Dostojwskim niż z gwałtami czerwonoarmistów (po filmie "Róża" Smarzowskiego). Ciekawa scenka psychologiczna na plaży. Tato-Francuz pływa na tuż przy brzegu ze swoją 6-cio, może 7-letnią córką. Pływają zanużeni, z maskami do snurkowania. Po którymś z postojów, ojciec każe dziecku płynąć najpierw, później rusza sam. I gdy już płynie, dziewczynka staje, wynurza się, sprawdza, czy ojciec płynie za nią i dopiero wtedy płynie dalej. Tak jakby nie ufała, że rodzic będzie czuwał nad nią, płynąc tuż za.
Wieczorem spacer do miasteczka. Spokojnie, lokalnie. W prawie wszystkich lokalach i sklepach oglądają piłkę, chyba mecz miejscowej ligi. Ja sprawdzam w internecie wynik kończącego się meczu ligi zamiejscowej, polskiej (Legia-Jagiellonia 1:1).
W ostatnim sklepie, w którym wreszczie udaje nam się kupić otwieracz do wina, zagaduję sprzedawcę, dlaczego on nie ogląda. Odpowiada, że woli mecze europejskie, po czym zgadujemy się, że obaj parę dni temu kibicowaliśmy Barcelonie w meczu z Chelsea.
wtorek, 1. maj
Dzień wycieczkowy. Wycieczka do Jordanii, do starożytnego, wykutego jeszcze przed naszą erą w górach miasta Petra.
Na promie płynącym tam siada przy naszym stoliku para ok. 40-parolatków. Przysiadają się bez pytania. Polacy... Dobrze ubrani i zadbani. Twarze gładkie, widać starania o odwleczenie starości. Cóż z tego, jeśli w głowie rozkładający się trup. Ona z tonem głosu pełnym pretensji i to wbudowanym chyba na stałe. Plus poczucie wyższości, o reszcie pasażerów mówi "swołocz". Na nasz temat cicho, ale chyba tylko dlatego, że usłyszeli polski. Mimo to, lekko działają mi na obudzone o 3 rano nerwy i w myślach szybko krystalizyje mi się proletariacka wiącha, że jak na dobiegającą 60-tki damę powinna się już była nauczyć, że przysiadając się, pytamy, czy wolne (wiem, nieładnie). Dzięki Bogu płyniemy z nimi tylko promem, a wycieczka z zupełnie inną grupą. W niej prawie sami Rosjanie, trzyosobowa rodzina Włochów, piątka starszych Anglików i my, jedyni z Polski. Bardzo mi się podoba to międzynarodowe towarzystwo. Od rana jestem jakoś internacjonalnie, bratnio usposobiony i nawet nucą mi się ostatnie takty "Międzynarodówki". Do Rosjan czuję jakąś sympatię (a do rosyjskich kobiet po lekturze "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" wielki podziw), jest w nich coś poczciwego i miło mi się z nimi urlopuje, choć przecież zabili nam prezydenta... Jadąc tak do tej Petry przez pustynną Jordanię, myślę sobie, że teraz jesteśmy sobie razem, Polacy, Rosjanie, Anglicy i Włosi, że za parę dni rozjedziemy się do swoich Warszaw, Moskw, Manchesterów i Mediolanów, ale to, że się tu na moment nasze trasy, pewnie raz w życiu, zbiegły, to jedna z niewielu rzeczy w tej masowej, komercyjnej turystyce autentycznie pięknych. Znów nuci mi się "Międzynarodówka".
A ta Petra? Coś, co człowiek stworzył przed Chrystusem i co trzyma się nieźle (i pięknie) do dziś, nie potrzebuje zachwytów.
środa, 2. maj
Bardzo mało w tych swoich urlopowych wyjazdach spotykam w świecie Czechów, dlatego wczoraj bardzo ucieszyłem się na spotkaną w jednym sklepie czeską parę. Dlaczego tak mało w świecie Czechów? Nie jeżdżą? Jeżdżą gdzieś indziej (Karlove Vary?)? Inna sprawa, że Czechów w ogóle jest mało. Za mało. Wyobrażacie sobie, jaki byłby świat, gdyby było nam nim miliard Czechów? Ja chciałbym. Pewnie byłoby nam nim więcej wielkich pisarzy. I może mniej wojen? Może.
Właśnie - Czesi i wojna. Lubi się w naszym kraju myśleć i mówić o nas jako o narodzie walecznym, a o Czeczach jako o narodzie, delikatnie mówiąc, pragmatycznym. Mniej delikatni mówią wprost, że Pepiki w 1939 roku się poddały, a my bohatersko walczyliśmy. W kontrastowaniu nas z Czechami nie bierze się pod uwagę paru faktów.
Po pierwsze, o ile przewaga militarna Niemców nad nami była mniej więcej jak 2 do 1, to Niemców nad Czechami gdzieś 5 do 1. Po przekroczeniu pewnego poziomu przewagi, gdy dysproporcja sił rywali jest zbyt duża, rozsądniej i lepiej jest się poddać.
Po drugie, Polska przed II Wojną była dyktaturą, Czechy - jedyną w naszym regionie Europy demokracją. Łatwiej zachęcić (a jeśli i to nie pomoże - zmusić) naród do walki, łatwiej wmówić mu, że jesteśmy niepokonani i że wroga odeprzemy w mig w kraju dyktatorskim. W demokracji więcej słychać (bo mogą być słyszane) głosów rozsądku.
Po trzecie, pół (?) żartem, nam w nierównej walce z najeźdźcą miał pomóc Bóg. Czesi jako ateiści nie mieli takiego oparcia, stąd i zrezygnować z beznadziejnej walki było łatwiej. (Religijność i wojna. Ciekawe, czy któryś socjolog czy politolog kiedykolwiek pokusił się o sprawdzenie zależności pomiędzy religijnością krajów, a ich skłonnością do wojowania. Jeśli religijność często współwystępuje z nacjonalizmem, to wniosek nasuwa się wyraźny).
A na koniec tego pełnego przemyśleń dnia zagrałem w piłkę z miejscowymi Egipcjanami! Na boisku trochę mniejszym niż do ręcznej, pięciu na pięciu. Na początku debiutancka trema, zawaliłem bramkę, później strata. Ale dalej było już lepiej, walka, przechwyty, asysta, a później i bramka (okienko po wolnym pośrednim). Chyba wygraliśmy 4:3 (od momentu kiedy wszedłem). Zaprosili mnie na jutro, pytając przy okazji "Kak tiebja zawód?" (większość miejscowych bierze nas za Rosjan).
Jak gra w piłkę młodzież Egipska? Całkiem dobrze. Dużo się za to kłócą. Z mojego doświadczenia z podwórkowych meczów z Polski twierdzę, że my Polacy jesteśmy przy nich zimnymi, beznamiętnymi Skandynawami.
piątek, 4. maj
I kończy się ten piękny nasz pobyt w spokojnej miejscowości Nuweiba. Legia przegrała mistrzostwo, na co zareagowałem pobiciem rekordu zrobionych pompek (38), bo zawsze gdy moje drużyny przegrywają, postanawiam nie być tak słaby jak one i cokolwiek, w najgłupszej nawet dziedzinie osiągać. Doktorat, kariera, mieszkanie na strzeżonym osiedlu, zagraniczne wakacje, rozpieszczany kot - bez piłki nożnej i poniesionych w niej porażek nie byłoby tego wszystkiego.
Pojutrze do Egiptu. Jak zwykle, najbardziej cieszą książki, które tam zabiorę. Pogoda? Też super, ale w Warszawie podobno ma być 26 stopni, więc to chyba nawet lepiej. Morze - to tak, trochę tęsknię za pływaniem. Od wyprowadzki z Woli nie bywam na basenie, a przecież bywalcem na pływalni "Delfin" byłem dość częstym. W sumie chyba jestem niewymagającym urlopowiczem: książka, słońce i kawałek wody do pływania - raj na Ziemi.
_____
Barcelona-Chelsea. Zawsze będę po stronie futbolu technicznego i ofensywnego. Doceniając waleczność, serce i charakter Chelsea, wiem, że piłka nożna porywa miliony bardziej dzięki wirtuozom niż atletom.
Zbliżają się (30.04) piąte urodziny bloga Zwykły dzień. Miałem ostatnio myśl, by go zamknąć z powodu własnej głupoty zaprezentowanej tu niedawno. Po przemyśleniach jednak postanawiam: Zwykły dzień będzie nadawał. Bez ingerowania w sprawy prywatne autora i bez pochopnych ocen przez autora wydawanych. Zwłaszcza tych dotyczących zwykłych ludzi.
Zamiast na koncert, pomyślałem, czy na Legię nie pójść. W końcu moja Legiunia, z którą już 19 (!) lat, w tym roku o mistrza walczy, co w sumie rzadkie. Gra w sobotę u siebie z Lechem. Ale stroić się w jakiś szalik, drzeć się cały mecz, śpiewać, co każą i wstawać, kiedy każą. O nie, nie po to nie chodzę do kościoła, by mieć to samo na stadionie.
_______
Niezłe internetowe odkrycie ostatnich dni: blog o minimalizmie.
Z Anglikiem Shanem, który źle znosi deszczową pogodę: - Ale to przecież angielski pogoda, nie? - Tak, ale przyjeżdżając tu, chciałem od niej uciec.
Dobrym sposobem na lejący deszcze jest olanie go.
_______
W czwartek koncert Belle and Sebastian, zespołu, który swego czasu uwielbiałem, a teraz zastanawiam się, czy pójść... Jaki zespół musiałby przyjechać do Polski, bym poszedł bez zastanowienia i bez względu na wszystko? Beatelsi? Chyba nigdy nie byłem fanem "koncertowym". Zawsze wystarczało mi, że piękną muzykę s ł y s z a ł e m.
W niedzielę, zamiast wizyty w kościele, spacer ulicami Kielc. (Oby żaden z czytelników nie doniósł mojej babci...) W centrum znikają dwie księgarnie, które były w Kielcach od zawsze, a przynajmniej odkąd zawitałem tu w 1996 roku. Zamiast jednej salon sieci komórkowej. Zamiast drugiej - jeszcze nie wiadomo. Obstawiam bank. Jak tak dalej pójdzie, to na parokilometrowej ulicy - nomen omen - Sienkiewicza nie będzie ani jednego miejsca związanego ze słowem pisanym.
W drodze do domu na Święta. W autokarze nie ma wolnych miejsc - czyżby po ostatniej katastrofie pociągu Polacy zaczęli częściej wybierać transport drogowy? Idę na pociąg. W podziemiach Dworca Zachodniego morze policji, mają przyjechać kibice Ruchu Chorzów na dzisiejszy mecz z Legią. Niesamowite wrażenie: pusty tunel, a w nim ja idący naprzeciw muru policjantów uzbrojonych w tarcze, pałki i kto wie co tam jeszcze. By mnie przepuścić, jedna tarcza robi wyłom, mogę przejść. Policjanci w dobrym humorze. Pada żart: "Zapomnieli przyjechać". Za chwilę jednak mniej sympatycznie: "Przyjechały. Małpy." Już na peronie mam okazję zobaczyć gości z Chorzowa. Poznaję nieco zmodyfikowaną wersję przyśpiewki "Legia to stara k...", w końcówce zamiast "Legia CWKS" pojawia się "Legia od tego jest". Znów uderza mnie podobieństwo tych kibiców do innych polskich. Gdyby podmienić im barwy i w tych samych (sic!) melodiach wstawić inną nazwę klubu, mogliby być kibicami Lecha, Wisły czy Legii. Ta sama, trochę chora rodzina.
Jeszcze wspomnienie z Indii. Świątynia Sikhów. Mamy wejść do środka. Na twarzach naszych i przewodnika przejęcie. Tłumaczy nam, jak należy się zachować, co należy robić a czego nie. Wchodzimy. Idziemy ze złożonymi rękami, poważnie, w milczeniu, nieśmiało rozglądając się po wypełnionej modlącymi się sali. Mijamy dwójkę młodych ludzi, chłopaka i dziewczynę. Dziewczyna jest ładna i nagle uśmiecha się do nas. I jest to tak piękne, ludzkie, proste. Międzyludzka serdeczność - największa religia.
W drodze tam, przed wzbiciem się samolotu w powietrze, koleżanka czyni znak krzyża. Charakterystycznie: szybko, pospiesznie, jakby ukradkiem. Coś z dewotki. Nagle jej antysemityzm, niechęć do kobiet mających podwójne nazwiska, wiara w horoskopy, nielubienie feministek, socjologicznie układają mi się w całość.
_______
Nie lubię w Indiach:
- kastowości i nieprzekraczalnych dystansów społecznych - ruchu ulicznego (o tym za chwilę) - pozycji kobiet tam - niskiej - losu zwierząt - marnego
Lubię w Indiach:
- Mahatmę Ghandiego - kiedyś w jakimś teście na poglądy polityczne wyszło mi, że mamy mocno zbieżne: ogólnie liberalne obyczajowo i egalitarystyczne ekonomicznie
_______
Ruch uliczny jako manifestacja stanu i kultury społeczeństwa? W Indiach chaotyczny, niebezpieczny, z racją po stronie silniejszego i większego.
_______
W drodze powrotnej, na lotnisku, dla zabicia czasu grzebię w cytatach i znajduję m.in. taki: "Najlepsze romanse to te, których nie mieliśmy".
Jaki to wciąż szok, że jest ciepło, a jeszcze niedawno było tak zimno. Cieszenie się tym, co się ma - do tego z całej filozofii stoickiej chyba mi najbliżej. W czym najdalej? W złości na idiotów. Przykładowo: kwiaty na grobie Eligiusza Niewiadomskiego, mordercy prezydenta Narutowcza. Kwiaty zamieniłbym na kupy, podczas gdy stoicy kazaliby (w przenośni, nie dosłownie) olać sprawę.
______
Kolejna rozmowa z Anglikiem Shanem. Dziś komplement dla Polski: podobno mamy dużo bardziej bezpieczny i bardziej przyjazny klientom system bankowym. Jestem w to skłonny uwierzyć. Chyba łatwiej zbudować coś od zera niż poprawić coś, co istniało od dawna.
Rozmowa z moim lektorem-Anglikiem. Niepojęte dla niego kupy na polskich chodnikach. Przedstawiam mu na to swoją teorię o wiejskim pochodzeniu większej części naszego społeczeństwa.
Kotka ostatecznie otrzymała imię Zosia. "Imię: Zosia, gatunek: kot" - jak zapisano w założonej jej dziś karcie zdrowia w klinice weterynaryjnej. Ma się dobrze. Zauważyłem, że jestem wobec niej - jako kocicy - trochę inny niż wobec kota mojej siostry, Zbyszka. Ze Zbychem było bardziej "po męsku", mocniejsze uściski, czułość typu piłkarskiego. Z Zosią delikatniej.
_______
Z biografii Korczaka. Jest 1919 rok, w powojennej Polsce bieda, sierociniec Korczaka otrzymuje dary z USA. Wśród nich - oprócz żywności i lekarstw - jest też piłka nożna. Korczak cieszy się z niej nie mniej niż z reszty. Wie, że dla dziecka zabawa jest tak samo ważna jak właśnie ta cała "reszta".
_______
I cytaty, na które natknąłem się "na tygodniu":
"Im kraj bardziej bogaty, tym więcej mówi się o jedzeniu. Znam kraje, gdzie to już główny, jeśli nie jedyny temat rozmów." (T. Jastrun)
"Nawet nauczyciele są przekonani, że dzieci bardziej śmiałe, pewne siebie, są lepszymi uczniami, podczas gdy okazuje się, że to ci cisi mają lepsze stopnie." (B. Szelewa)
"Cały problem ze światem jest w tym, że głupcy i fanatycy są zawsze tak pewni siebie, podczas gdy ludzie mądrzejsi tak pełni wątpliwości". (B. Russel)