Kategorie: Wszystkie | Ogólnie | Z życia ulicy
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

W domu, na irańskim filmie "Rozstanie". Kapitalne kino, przez duże "K", takie, gdzie człowiek staje wobec dobra i zła.

Do grona kilku filmów, które mogę śmiało polecić - spośród obejrzanych przeze mnie w ostatnich 3-4 latach - dodałabym więc i "Rozstanie". Pozostałe:
- "Biała wstążka"
- "Dom zły"
- "Sekret jej oczu" 

______

Żeby nie było - za film zapłaciłem. Obejrzeć (i zapłacić) można tutaj.

______

A w międzyczasie, gdyby ktoś jeszcze nie odkrył, pojawiła się nowa porcja zdjęć z Afryki na "Zwykłych ludziach". Tym razem faktycznie zdjęcia ludzi.

http://zwykli.blogspot.com


13:19, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012

Zawsze gdy wysiadam z autobusu, tramwaju czy pociągu i gdy na zewnątrz pod drzwiami kłębi się tłum wsiadających, czekających aż wysiadający (w tym ja) wyjdą, to mam ochotę, stojąc jeszcze na schodach, czyli na lekkim podwyższeniu, zatrzymać się na chwilę, podnieść ręce i zaintonować "Módlmy się!". Poważnie, codziennie taką fantazję mam.


23:35, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2012

W poniedziałek wieczorem kupiłem sobie nowego laptopa. Policzyłem, że to mój czwarty w życiu komputer. Pierwszy kupili mi pod koniec 1995 roku rodzice. To był chyba grudzień, chyba też poniedziałek... Do dziś pamiętam konfigurację: procesor 80 MHz, 4 MB RAM, dysk twardy chyba 540 MB. W domu była jakaś uroczysta, odświętna atmosfera. Wszyscy się tego komputera skrycie wręcz baliśmy... Pierwszą grą, którą chyba jeszcze tego samego wieczora uruchomiłem, był symulator lotów F29 Retaliator. Sterowanie było dość skomplikowane. Na tyle, że... nie udało mi się nawet wystartować. Mimo to, cieszyłem się z pracującego silnika, patrzyłem na nie poruszający się świat za kokpitem i byłem szczęśliwy.


23:49, zwyklydzien
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 stycznia 2012

Kolega opowiada o swojej koleżance, która we Wrocławiu urodziła dziecko. Ponieważ tatą Portugalczyk, dziecko miało kręcone włosy, ciemną karnację, a po mamie duże usta. W szpitalnej sali zjawił się w którymś momencie ksiądz. Spojrzał na obie, po czym pod nosem do siebie: "O, afrykańskie, murzyńskie dziecko, ale murzyniątka też trzeba pobłogosławić", po czym pobłogosławił i wyszedł. Księżowskie zaskoczenie, później dylemat, w końcu ewangeliczna reakcja. W sumie miła historia.

_______

Przymierzam się do kupna nowego komputera. Może zwiększy częstość wpisów na blogu - mając wi-fi (w starym nie mam) będę mógł pisać z całego domu. Pewnie nawet z balkonu.

_______

Wypisy z "Wojna nie ma w sobie nic w kobiety", chyba najlepszej książki, jaką przeczytałem w 2011.

"A mój tato był szczęśliwy, że córka walczy na froncie. Że broni ojczyzny".

"A na wojnie, jak już pani powiedziałem, od razu było widać - jaki człowiek jest i ile jest wart. Tam się nie schowa."

"Kiedy ranni ludzie krzyczą, to jest straszne, ale nie ma nic straszniejszego niż to, jak rżą ranne konie".

"Na mojej sali leżało dwóch... Leżeli Niemiec i nasz spalony czołgista. Zaglądam do nich:
- Jak się czujecie?
- Ja dobrze - odpowiada czołgista - a ten źle.
- To przecież faszysta...
- Mnie nic nie jest, a z nim jest źle.
Już nie są wrogami, tylko ludźmi, po prostu dwóch rannych leży obok siebie. Już coś ludzkiego między nimi się pojawiło. Niejednokrotnie widziałam, jak szybko to następuje..."

"Od razu po ataku lepiej nie patrzeć na twarze, to jakieś całkiem inne twarze, nie takie, jak zazwyczaj mają ludzie".

"Na wojnie starzeje się dusza człowieka. Po wojnie już nigdy nie byłam młoda..."

"Wstyd był silniejszy od śmierci".

"Wszędzie nas witano z radością. Rzucano kwiaty, owoce, paczki papierosów... Słano dywany na jezdni".

"Miłość to jedyne osobiste wydarzenie człowieka na wojnie. Wszystkie inne wydarzenia są wspólne - nawet śmierć".

"Mówią, że instynkt macierzyński jest najsilniejszy ze wszystkich. Nie, najsilniejsza jest idea!"

"Ciężko się nam żyło, ale pięknie i uczciwie, nie narzekam. Nie żałuję życia..."

"Pamiętam, jak leżał ranny Niemiec i z bólu chwytał rękami ziemię. Nasz żołnierz podszedł wtedy i mówi: 'Nie ruszaj, to moja ziemia! Twoja jest tam, skąd przyszedłeś...'".

"Może po wojnie potrzebna jest jakaś psychoterapia? Nie wiem. Już tak przeżyłam życie..."

"Podpisałam się na Reichstagu... Napisałam węglem, tym, co miałam w ręku: 'Zwyciężyła was rosyjska dziewczyna z Saratowa'".

[O żołnierzu, któremu zginęła cała rodzina i który marzył tylko o tym, by dojść do Niemiec i zobaczyć ich cierpienie] "Zobaczył gruzy zamiast domów... Umarł zwyczajnie, nie był ranny. Doszedł, popatrzył i umarł. I czasem teraz się zastanawiam: dlaczego umarł?"

"Tyle że podczas wojny ludzie wytrzymywali, rozum tracili dopiero po wojnie".

[wypowiedź rosyjskiej sanitariuszki, która wyniosła z pola walki Niemca] "Nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego do miłości. Człowiek ma jedno, więc zawsze myślałam, jak to serce ocalić".

"Jeśli się nie jest kobietą, to się na wojnie nie przeżyje".


13:10, zwyklydzien
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 stycznia 2012

W weekend sam z kotem Zbyszkiem. Mimo że to nie pies, da się go lubić.

______

Z ciekawszych wychwyconych w ostatnich dniach myśli: 

"Nacjonaliści są największymi wrogami swoich narodów, bo zabijają niezbędny zmysł krytyczny i odwagę myślenia" - Paweł Śpiewak.

"Jeśli jest znośnie, to jest dobrze. Jeśli jest dobrze, to jest wspaniale" - Tomasz Jastrun.

______

W Warszawie pierwszy tej zimy śnieg.

______

W niedzielę wieczorem na komputerze Milan-Inter (0:1). Może to rodzaj paranoi, ale wydaje mi się, że gdy nie oglądam jakiegoś meczu, na którym mi zależy, to jego wynik będzie lepszy niż wtedy, gdybym oglądał. Ostatni raz Milan przegrał z Interem w derbach 2 lata temu i był to ostatni oglądany przeze mnie mecz tych drużyn. Słaba gra Milanu i słaba jakość obrazu. Dlaczego szkoda mi pieniędzy na ten Canal+?


22:57, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2012

Widziałem dziś na Nowym Świecie jednego z moich internetowych znajomych, doktora nauk. W wyglądzie jego, w sposobie w jaki szedł i jak był ubrany, było coś nienormalnego, wyglądał na pacjenta lub przyszłego pacjenta szpitala psychiatrycznego.

 

_____

Zaczęta nowa lektura: biografia Janusza Korczaka (Joanna Olczak-Ronikier, "Korczak. Próba biografii"). 


22:14, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2012

W kinie na filmie "W ciemności". Dedykowany Markowi Edelmanowi.

Czytałem ostatnio wywiad z Paulą Sawicką, wieloletnią przyjaciółką doktora, u której mieszkał w ostatnich latach życia. Opowiadała o jednym pozornie banalnym wydarzeniu, które sporo mówi o całości postawy życiowej Edelmana. Któregoś dnia Sawicka z rodziną wróciła do domu i zastała go leżącego na podłodze, na poduszce, z papierosem i z książką. Nawet wódkę tak miał. Będąc już dość zniedołężniałym, spadł z kanapy na podłogę, a że - sam w domu - nie mógł wstać, zorganizował sobie na podłodze  miejsce, w którym w miarę wygodnie cierpliwie czekał na powrót domowników. 

Przypomniało mi się, że gdy czytałem "Zdążyć przed Panem Bogiem", zaskoczony byłem, że na kilka czy kilkanaście godzin przed wejściem Niemców do getta i przed wybuchem powstania, Edelman, mając już wszystko przygotowane do walki, tak po prostu poszedł sobie spać. 

Zrobić wszystko, co w danej sytuacji można i nie zamartwiać się o resztę.


15:48, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 stycznia 2012

Postanowienia noworoczne? Te co zawsze: zrzucić brzuch i nauczyć się porządnie angielskiego. Co jeszcze? Mieć dużo czasu, nie spieszyć się.

_____

Dziś na piłce. Znów niestety parę razy mnie poniosło i poszło parę brzydkich słów pod nosem, ale jak tu się nie złościć, gdy przegrywa się sromotnie 18:5?


23:00, zwyklydzien
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012

Podoba mi się taka zima. Nie żal mi śniegu i nie żal mi mrozu. Codziennie rano, gdy idę do pracy w swoich nowych butach, rozkoszuję się wygodną twardością chodnika. Gdy wracam z pracy, cieszy mnie, że trasę z przystanku do domu mogę pokonać bez czapki.

______

Kolejny przypadkowo odkryty zwykły człowiek z ulicy. Można uznać go za udludka i gbura. Ja go lubię. Po pierwsze za to, że zanegował społeczny przymus spędzania fajnego Sylwestra. Po drugie, w powstrzymaniu się od powiedzenia "w dupie" wykazał wobec reporterki grzeczność, dowiódł, że nieobca mu empatia. 

 

_______

22:33, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2011

Ze świątecznych, corocznych statystyk. SMS-owe i mailowe życzenia świąteczne otrzymałem od dwunastu osób. W tym tylko trzy osoby przysłały życzenia osobiste, wśród których co do jednej nie jestem pewien, gdyż brzmiały "Wesołych... itd" (podobały mi się, nawiasem mówiąc). 

W porównaniu więc z poprzednim rokiem (trzy życzenia osobiste i pięć masowych) zwyżka w masówkach. Nie zawiódł w religijnej podniosłości Marcin W. ("Niech Chrystus..." itd.). Życzenia oczywiście masowe. Wytłumaczeniem może być dla Marcina to, że i sytuacja rodzinna masowieje ("życzą ... z dziećmi").


09:03, zwyklydzien
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 grudnia 2011

Koledze z czasów studenckich urodziło się dziecko. Był to ten sam kolega, który jeszcze podczas studiów, jako pierwszy, uświadomił mnie, kim jest Milf Hunter, pożyczając film z jego udziałem.

_______

Bardziej lubię życzenia spokojnych niż wesołych Świąt. Wesołe Święta mają jakiś posmak głupkowatości. Na wszelki wypadek życzę Wam i takich i takich.


20:11, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 grudnia 2011

W wyjazdach zagranicznych bardzo lubię to, że kończą się one powrotem do Polski. Tuż po powrocie uświadamiam sobie, że fajnie jest mieć swój kraj.

_______

Myślałem trochę ostatnio ludziach, którzy śmieją się ze swoich żartów. Czasem najgłośniej w całym towarzystwie. O czym to może świadczyć? O pewności siebie? O Zadufaniu w sobie? O lekkiej psychopatii?

_______

Skończyłem książkę "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Relacje kobiet służących w Armii Czerwonej podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945. Próbka.

"W naszym oddziale walczyli bracia Czimokowie. Natknęli się w swojej wsi na zasadzkę, odstrzeliwali się w jakiejś szopie, którą Niemcy podpalili. Strzelali, dopóki nie skończyły im się naboje. Potem wyszli poparzeni... Niemcy wozili ich na wozie, pokazywali, żeby się dowiedzieć, czyi to synowie. Żeby ktoś ich wydał... Stała cała wieś. Ich ojciec i matka też stali. Nie było słychać najmniejszego dźwięku. Jakie serce musiała mieć matka, żeby nie krzyknąć. Nie odezwać się. Ale ich matka wiedziała, że jeśli zapłacze, to Niemcy spalą całą wieś. Zabiją nie ją jedną. Zabiją wszystkich. Za jednego zabitego niemieckiego żołnierza palili całą wieś. Wiedziała...
     Są odznaczenia za wszystko, ale wszystkie to za mało, nie ma takiej Gwiazdy Bohatera, żeby odznaczyć tę matkę... Za jej milczenie..."

Gorąco polecam.

 

20:49, zwyklydzien
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 grudnia 2011

Zwierzęce wspomnienia z Afryki:

http://zwykli.blogspot.com

 


19:51, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 grudnia 2011

Dziś na Zwykłym Dniu, w kolejny piątek Adwentu, wspominamy postać Jimmiego, kucharza, przewodnika i muzyka ze Stone Town na Zanzibarze. Poznanie Jimmiego było na pewno jednym z milszych elementów pobytu na wyspie. Ujął mnie niewymuszonym, wręcz subtelnym sposobem sprzedaży, pozytywną osobowością i wyluzowanym stylem bycia, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu słowa "luz". A wręcz kolegą moim został, gdy opowiedział nam historię z dzieciństwa, jak ojciec uczył go pływać (po prostu wrzucił go do wody na pełnym oceanie). Długo też będę pamiętał nasz krótki dialog z Jimmim na temat jego, jako Muzułmanina, stosunku do alkoholu:
- But Jimmi, as a Muslim, aren't you forbidden to drink alcohol?
- Everyday I drink! - powiedział z buntem w głosie

I podrywa Europejki, do czego ma talent. Jak to mówią, ma gadane do kobiet. Zwłaszcza jakoś do Niemek. Nieszczęście w szczęściu.

A poniżej ja i Jimmi siedzimy sobie na wyspie Prison Island, gdzie przed chwilą oglądaliśmy żółwie. Ja się w tym Jimmim chyba trochę, tak po męsku, wakacyjnie zakochałem...

 

22:02, zwyklydzien
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 grudnia 2011
Dziennik z wyjazdu do Afryki

12. listopada, Paryż

Jakaż duma, gdy przed odprawą paszportową, mogliśmy stanąć w specjalnej i krótszej kolejce dla "EU Citizens".

13. listopada, Nairobi.

Największe zaskoczenie: spotkany na ulicy student ekonomii, który wiedział, że zginął nam niedawno prezydent i że jego brat jest szefem dużej partii. (Nie wiedział, że na szczęście opozycyjnej).
Największa uciążliwość: zaczepiający na ulicy prawie na każdym kroku ludzie, którzy, rozpoznawszy turystę (o co nietrudno), chcieliby coś sprzedać. Jeśli pytają, jak się masz lub skąd jesteś, rzadko jest to wyrazem sympatii lub szczerego zainteresowania. Najczęściej interesuje ich twój portfel.
Najsympatyczniejsze z widzianych zwierząt: żółw.
Najdroższy zakup: zestaw pamiątek na lokalnym targu za 120 dolarów. Drogo? Pierwotną ceną było: 480... To jeszcze a propos wykorzystywania turystów.
Najbardziej polski moment: zobaczenie bociana wśród setek ptaków na wystawie w kenijskim Muzeum Narodowym. Bocian pokazany był jako "częsty zimowy gość z Europy".
Najbliżej katastrofy: gdy mój żołądek - pokonany zmianą flory bakteryjnej z europejskiej na afrykańską - zaczął wariować podczas zakupów w supermarkecie. Wytrzymałem... Gdybym nie, już widzę te tytuły w tutejszych tabloidach na drugi dzień: "Polak zesrał się na dziale z alkoholem".

14-16 listopada. Safari, Masai Mara.

Obsługują nas Evans (kierowca) i John (kucharz). Mili, pomocni, przyjaźni. Evans ma 28 lat, John pewnie podobnie. Któregoś razu rozmawiamy z Evansem o konfliktach plemiennych w Kenii. W 2007 roku po wyborach wybuchły tam zamieszki i rozboje na tle plemiennym, w wyniku których zginęło 2000 ludzi. Evans mówi nam, że konflikty plemienne krwawe są szczególnie na wsiach. W miastach mają mniejsze znaczenie, w miastach ludzie muszą kooperować. Przykładem John i Evans. Pochodzą z różnych plemion, a w Nairobi pracują razem w firmie organizującej safari i lubią się.
Na safari każde zwierzę na swój sposób ciekawe. Na przykład takie bawoły. Im jest ich więcej, tym są bardziej płochliwe. Niebezpieczne są indywidualnie lub w parach, w stadach są tchórzami. Odwrotnie niż pseudokibice.
Powrót do Nairobi. Korki jak w Warszawie. Duży większy za to chaos i nie przestrzeganie przepisów na ulicach. U kierowców i pieszych.
Co jeszcze zwraca uwagę, gdy jedzie się przedmieściami Nairobi? Druty kolczaste. Założone nie wokół więzień, a wokół elitarnych szkół czy domów-rezydencji.

17. listopada, Nairobi.

W sierocińcu dla słoni Sheldrick Orphanage. Ze wszystkich zwierząt, które widziałem na safari, chyba najbardziej fascynują mnie słonie. To połączenie siły (nie podskoczy im na sawannie nikt, łącznie z lwem) i wrażliwości. Chyba jako jedyne zwierzęta "organizują" pogrzeb członkom stada.
Rano śniadanie w barze, gdzie pokazywali archiwalny mecz Chelsea-Liverpool z 2000 roku. Zatęstkniłem, by pogadać o piłce z chłopakami z Lublina.

19. listopada, Zanzibar.

Upalnie i wilgotno. Handlarze trochę mniej nachalni niż w Nairobi, ale i tu po jakimś czasie spacer "handlowymi" ulicami staje się męczący. Czasami energia i upór tych sprzedawców budzi we mnie wręcz podziw. Przyszło mi do głowy, że gdyby rzeszę tych ludzi jakimś sposobem umieścić gdzieś na Zachodzie, to ze swoim handlowym entuzjazmem ożywiliby niejedną gospodarkę.

Wieczorem doczytuję archiwalną już (a przecież dopiero sprzed tygodnia!) "Politykę". W felietonie Stommy odniesienie do kapitalnie prostego i trafnego spostrzeżenia Stanisława Sojki: lewicowość to znaczy empatia.

21. listopad, Zanzibar.

Ropoczęliśmy wypoczynkowo-plażową część naszej wyprawy, czyli 10-dniowy pobyt w ośrodku wypoczynkowym Kendwa Rocks, na północy Zanzibaru. Podoba mi się ta PRL-owska, trochę siermiężna nazwa "ośrodek wypoczynkowy". Podczas powitania w recepcji zerkam do księgi gości, by sprawdzić, z jakich krajów przyjechali wczasowicze (kolejna old-schoolowa nazwa). I tak: głównie USA, dalej Niemcy, Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia, Japonia. No i teraz Polska, czyli - jak kojarzą tutejsi - kraj papieża i (rzadziej) Wałęsy. Są jeszcze Włosi. Głośni, czego nie lubię. W momentach zwiększonego nielubienia przychodzi nieładna myśl, że to faktycznie musi być głupi naród, który przez tyle lat tak hołubił Berlusconiego.

Podsłuchana na plaży Szwedka podziela moje zdanie: dużo Włochów powoduje, że jest tu "jak w cyrku".

Wieczorny spacer plażą. Tuż przy brzegu w łódka. W niej jakiś człowiek sennie śpiewa jakąś arabsko brzmiącą, monotonną melodię. Coś innego, coś oryginalnego.

Chyba nie zdążę przeczytać wszystkich przywiezionych do Afryki książek. Taki Kapuściński, po raz kolejny przyjechawszy na Czarny Ląd, jeszcze nawet nie wyszedł z mojej walizki.

22. listopad, Zanzibar.

Minusem wakacyjnych wyjazdów, a w szczególności wyjazdów w miejsca plażowe, jest głośna i łomotliwa muzyka. Być na plaży mając to w tle to dla mnie trochę tak jakby leżeć obok śmierdzącego wysypiska śmieci. I tu i tu męczone zmysły. Poza tym - raj.

Ciekawsze spostrzeżenie z książki "Skrwawione ziemie" Snydera, w rozdziale o wielkim głodzie na Ukrainie w latach 1932-33, czyli czasie, w którym Stalin zagłodził 3 miliony własnych obywateli: " Dobrzy ludzie umierali najpierw. Ci, którzy odmawiali kradzieży czy prostytucji, umierali. Ci, którzy oddawali jedzenie innym, umierali. Ci, którzy odmawiali jedzenia ludzkich zwłok, umierali. Ci, którzy odmawiali zabijania swoich własnych ludzi, umierali".

Lektura w sam raz na plażę, ocean i palmy.

23. listopad

Wśród wczasowiczów sami biali. Obsługę tworzą sami czarni. Czarni usługują białym, jak od samego początku wzajemnych relacji obu ras. Poseł Górski z PiS (ten od Obamy i cywilizacji  białego człowieka) pewnie cieszyłby się.

Jeśli już przy polityce. Wyobraziłem sobie kenijskie Święto Niepodległości i zorganizowany przez kenijską skrajną prawicę Marsz Niepodległości. Ciekawe, czy idąc ulicami Nairobi krzyczeliby "Cała Kenia tylko czarna!".

25. listopad

W dzień ciszy pozbawia mnie na plaży nasz plażowy bar, w nocy okoliczna dyskoteka. Piosenki tam puszczane mają dość łatwy rytm: bum, bum, bum, bum! Może to fabryka jakaś nocna?

Wyczytałem dziś na Wikipedii, że średni dochód mieszkańca Zanzibaru to 250 USD rocznie. A średnia to wartość, która pewnie i tak zawyża faktyczną wartość dochodów większości mieszkańców. Chciałbym wiedzieć, jaka część naszych pieniędzy wydanych tu wesprze tutejszych, zwłaszcza tych, którym wspomniana średnia zawyżyła dochody.

27. listopad

Zauważyłem, że nastawiona na zysk postawa większości miejscowych (zwłaszcza obnośnych handlarzy) zaczęła wywoływać u mnie podejrzliwość. Dziś ktoś chciał pokazać nam drogę. Mało tego: zaoferował zaprowadzenie do wskazanego miejsca. Odmówiłem, bo wiedziałem, że nie było to bezinteresowne... Oto, w jaki sposób oparte wyłącznie na chęci zysku relacje społeczne degenerują się.

Miłym za to akcentem wieczorny mecz miejscowych dziecieków na plaży. Z jakim zaangażowaniem grali! Prostota i uniwersalność języka piłki nożnej.

29. listopad

Powoli dobiega końca nasz pobyt na Zanzibarze i w ogóle w Afryce. Szkoda, choć pewnie cieszy się mój żołądek, który miał tu niełatwy czas. Przydał się zabrany z Polski zapas leków przeciwbólowych i przeciwbiegunkowych. Ciekawe, jak to wygląda u innych turystów. Pomyślałem o szybkiej ankiecie wśród gości naszego hotelu.

Podczas pobytu tu postanowiłem zrobić sobie odwyk od internetu i przeważnie udawało się. Nie mogłem tylko nie sprawdzać wyników piłkarskich.

Wspomnienie z wioski masajakiej (wstęp 25 USD). Mieszkańcy odtańczyli dla nas tańce. Tańczyli osobno mężczyźni (zaprosili mnie do tańca) i kobiety. Piękny moment, kiedy przygotowane do rozpoczęcia występu kobiety pomyliły się na wejściu, po czym zaczęły się śmiać. Było to naturalne, niewystudiowane, sympatyczne.

Drugi po bocianie w kenijskim Muzeum Narodowym miły akcent polski. W plażowym barze naszego hotelu jest telefon. Aparat firmy Ericsson dzwoni dość często, a ustawioną melodią jest... "Szła dzieweczka do laseczka". Tysiące kilometrów od Polski, za równikiem, na plaży, pod palmami.

1. grudzień

Dziwne miewałem sny na tym Zanzibarze. Jeden taki, że jestem w Warszawie przejazdem i... nie mam u kogo przenocować. W Warszawie! W mieście, w którym w rzeczywistości mieszkam od ponad sześciu lat.

Inny sen: jestem tym razem w Liblinie i nie mam u kogo obejrzeć meczu eliminacyjnego Polska-Anglia. Do meczu 30 minut, a ja błąkam się po jakichś nieznanych ulicach. Wyniku dowiaduję się z wiadomości: 0:0.

Inny sen: mam próbę z zespołem R. E.M., na której gitarzysta Perer Buck pokazuje mi (właściwie uczy mnie) jedną technikę gry na perkusji. I nie wyglądało to na jakąś gościnną próbę, ja chyba faktycznie miałem z nimi grać!

A najdziwniejszy sen dziś. Tadeusz Sznuk, kończąc kolejny odcinek "Jeden z dziesięciu" ogłasza, że ma do sprzedania samochód marki Hyundai, całkiem przyzwoity, z przebiegiem ok. 650 km. By jednak go kupić, trzeba wziąć udział w licytacji połączonej z biegiem na jakiś dłuższy dystans. Najpierw każdy podaje jakąś kwotę (zwykle kilkaset złotych), a później wszyscy biegną. Dalej śni mi się, że postanawiam biegać przez zimę, by jak najlepiej wypaść w biegu, który ma być za parę miesięcy. Podczas pierwszego treningu pod swoim blokiem zauważam kilku czterdziestoparatkow, którzy chyba też ostro trenują, by wygrać Sznukowego Hyundaia.  

12:39, zwyklydzien
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31